Specjalny Ośrodek Wychowawczy nr 2 Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP NP

Historia domu

Jedyną instytucją charytatywną, jaką ks. Lisiński zastał po przybyciu do Jarosławia, był istniejący tam od średniowiecza szpital - przytułek dla ubogich starców. Nie było natomiast żłobka dla niemowląt ani domu sierot dla dzieci w wieku szkolnym. Uwrażliwiony na biedę ludzką ks. Lisiński jeszcze przed I wojną światową zaczął myśleć o założeniu sierocińca i każdego miesiąca odkładał ze swej pensji gimnazjalnej pewną kwotę na zakup odpowiedniego dlań domu. Ale dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nastały sprzyjające okoliczności. Funkcjonujący w Jarosławiu Powiatowy Komitet Biskupio-Książęcy poparł zamysł ks. Lisińskiego dotyczący utworzenia domu sierot jako sekcji tego Komitetu. Powszechnie znany i szanowany ks. kanonik pozyskiwał ludzi gotowych wesprzeć materialnie tworzenie tego ze wszech miar pożytecznego dzieła. Pod przewodnictwem ks. Lisińskiego utworzony został Komitet Założycielski, w skład którego weszli właściciele ziemscy, lekarze, adwokaci, wyżsi urzędnicy miejscy i powiatowi, kupcy, rzemieślnicy i inni zamożniejsi obywatele. Rozpoczęto zbieranie pieniędzy na zakup domu dla sierot. Na pierwszym miejscu listy składkowej znalazło się nazwisko ks. Lisińskiego, który przekazał na ten cel własne zgromadzone dotychczas fundusze.

Już w roku 1918 nadarzyła się okazja nabycia od żony adwokata p. Jadwigi Dzierzyńskiej piętrowej kamienicy z niewielkim ogrodem i zabudowaniami gospodarczymi przy ul. Weissa 11. Ks. Lisiński i członkowie Komitetu Założycielskiego podpisali 11 lipca 1918 r. kontrakt kupna - sprzedaży, opiewający na sumę 100.000 koron.

Dnia l października 1918 roku uiszczono 60.000 koron oraz wzięto na konto Komitetu Założycielskiego dług hipoteczny w wysokości 10.000 koron. W ciągu kilku miesięcy, z dalej płynących składek dług ten w całości spłacono. Dokonano stosownego zapisu w księgach hipotecznych i właścicielem realności przy ul. Weissa 11 stał się Dom Sierot Polskich im. KBK w Jarosławiu.

Każda rodzina, także sieroca, powinna mieć ojca i matkę. Ojcem jarosławskich sierot został oczywiście ks. Mieczysław Lisiński. Pokrzywdzonym przez los dzieciom, opuszczonym i osieroconym, bardzo potrzebna była także zastępcza matka, potrafiąca stworzyć ciepłą atmosferę domową, w której mogłyby one wzrastać bez ujemnych obciążeń psychicznych. W tej sprawie ks. Lisiński zwrócił się do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny w Starej Wsi. Zakon ten, realizując regułę swego założyciela, Błogosławionego Edmunda Bojanowskiego, niósł pomoc cierpiącym, chorym w szpitalach, domach prywatnych, dzieciom w ochronkach i zakładach wychowawczych, w tym czasie będąc znanym w całej Galicji. Siostry nie odmówiły pomocy księdzu kanonikow.

Już 10 października 1919r. przyjechały do sierocińca trzy siostry: Ignacja Fejkiel, Julia Nachel i Marcela Olejnik. Towarzyszyła im asystentka Matki Generalnej, siostra Karolina Jastrząbek.

Zaraz po opuszczeniu mieszkań przez lokatorów, siostry zajęły się przeprowadzeniem stosownych i koniecznych adaptacji pomieszczeń. Trzeba było postawić piece, pomalować pokoje, zakupić niezbędne urządzenia i sprzęty domowe, przygotować pomieszczenia gospodarcze. Pierwszą pomoc żywnościową zorganizowały siostry z pobliskich ochronek: Muniny, Radymna, Pełkiń, Sieniawy, Roźwienicy. Później włączyły się do niej siostry z Kańczugi, Miękisza, Wiązownicy i innych miejscowości, a także siostry Fenicjanki. Pierwsi mieszkańcy sierocińca zjawili się w nim wkrótce po przybyciu sióstr. Było to rodzeństwo Maria i Tomasz Mnich. Zostali przyniesieni na plecach przez nauczycielkę z Pruchnika p. Szymańską. Ich rodzice i dziewięcioro rodzeństwa zmarło na gruźlicę. Do końca miesiąca było już w domu 25 dzieci. Chłopców umieszczono w pokojach na parterze, dziewczynki na I piętrze. Łóżka dla dzieci ofiarowało wojsko.

Występ na jednym z festynów
Występ na jednym z festynów

Sierot ciągle przybywało. Gdy ich liczba sięgnęła czterdziestu, nieduży dom począł być za ciasny, a praca sióstr stała się bardzo uciążliwa. Trudno też było zapewnić wszystkim środki utrzymania. Niezmordowany ks. Lisiński czynił starania u władz miejskich, powiatowych i wojewódzkich o uzyskanie stałej dotacji na utrzymanie domu, gdyż dotychczasowa ofiarność społeczeństwa i instytucji wspierających nie gwarantowała stałości dochodów, uniemożliwiała też planowanie wydatków na różnorakie potrzeby. Oprócz zbiórek ulicznych przeprowadzanych w niedziele i święta począwszy od roku 1920 aż do wybuchu drugiej wojny światowej organizowano rokrocznie dwie poważne imprezy dla wszystkich mieszkańców miasta i okolicy, tj; w maju - festyn w ogrodzie miejskim (parku) i w grudniu - wentę przedświąteczną w zamkniętym lokalu Towarzystwa "Gwiazda". Poprzedzone one były wcześniejszymi pracami Komitetu. Ludzie dobrej woli zaproszeni do pomocy przez ks. Lisińskiego zbierali pieniądze na listy lub fanty. Na pierwszym miejscu listy składkowej, wysyłanej na miasto zawsze figurowało nazwisko ks. Lisińskiego, który każdą akcję zbiórkową zaczynał od siebie, wpłacając znaczną sumę pieniężną. W ten sposób zachęcał innych ofiarodawców do większych datków na sierociniec. Obdarzony ogromnym zaufaniem i autorytetem ks. kanonik zjednywał sobie coraz to więcej sympatyków dla prowadzonej przez niego działalności. Zaskarbił też sobie wielką sympatię wśród kadry oficerskiej i podoficerskiej, dlatego też każdej imprezie organizowanej przez księdza towarzyszyło wojsko, nieodpłatnie służąc orkiestrą, dostarczaniem zaprzęgów konnych itp.

Wartościowe fanty na loterię dostarczali miejscowi przemysłowcy (Fabryka Biszkoptów Stanisława Gurgula, Fabryka Wstążek), kupcy, rzemieślnicy, a przede wszystkim okoliczne dwory, plebanie. Dochód z festynu i z wenty stanowił podstawę planowania inwestycji w sierocińcu tj. wydatków na remonty domu, opał, zakup obuwia, odzieży, pomocy szkolnych dla dzieci.

Widząc rozwijające się dzieło ks. Lisińskiego i chcąc pomóc w rozwoju bazy sierocińca, długoletni burmistrz Jarosławia, lekarz dr Adolf Dietzuis, zapisał mu w testamencie swój piękny dom poruczając magistratowi miasta uruchomienie fundacji imienia jego i żony. Magistrat, by pozbyć się związanych z tym kłopotów, zwrócił się do ks. Lisińskiego z prośbą o przejęcie domu dla potrzeb istniejącego już domu sierot. W ten sposób ks. kanonik pozyskał pierwszego darczyńcę znacznej realności, położonej w pryncypalnym punkcie miasta przy ul. Grunwaldzkiej 20, obejmującej duży budynek mieszkalny z ogrodem i zabudowaniami gospodarczymi. Wprawdzie ofiarowana realność obciążona była dość znacznym zadłużeniem hipotecznym, ale gwarantowała rozwój i znaczne polepszenie warunków egzystencji sierot. (Dług hipoteczny ciążący na domu Dietzuisa w wysokości blisko 64 000 marek polskich spłacił Lisiński z własnych funduszów).

Formalnie dom przejęto w posiadanie już w 1920r. Ks. Lisiński postanowił ten dom przeznaczyć na pomieszczenie dla chłopców, których przeniesiono z sierocińca przy ul. Weissa. Na początku było 17, ale wciąż ich przybywało. Odtąd dziewczęta mieszkały w domu pierwotnym, a chłopcy w domu Dietzuisa, na fasadzie którego - zgodnie z wolą fundatora - umieszczono napis: "Dom sierot im. Adolfa i Eugenii Dietzuisów". Przełożoną obu domów, które nadal stanowiły jedną instytucję charytatywną, została siostra Ignacja Fejkiel. Dnia 3 lipca 1921 r. tj. w trzecim roku istnienia niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej ks. Lisiński dokonał aktu poświęcenia domu sierot przy ul. Grunwaldzkiej. Na akcie tym podpisało się 85 osób. Wielkim rezerwuarem żywności stał się też, wydzierżawiony za niewielki, symboliczny czynsz, duży ogród miejski, ciągnący się od ul. Kraszewskiego, wzdłuż ul. Głowackiego do muru klasztoru oo. Reformatów. Przez długie lata zapewniał on owoce, jarzyny, warzywa dla obu domów, a także nieco paszy dla bydła.

Praca w ogrodzie
Praca w ogrodzie

Zabiegi agrotechniczne w ogrodzie i w polu (2 ha) nabytym w 1926r. wykonywały siostry wraz ze starszymi dziećmi. Ks. kanonik osobiście sadził i pielęgnował w ogrodzie drzewka owocowe najlepszych odmian.

Mieszkańcy Jarosławia i okolicznych wiosek życzliwie przyjmowali piękną akcję prowadzoną przez ks. Lisińskiego i Siostry Służebniczki NMP. Ks. kanonik zjednywał sobie ludzi w różny sposób: przez ujmujący sposób bycia, okazywaną każdemu życzliwość, kontakt z rodzinami gimnazjalistów, podejmowanie u siebie ludzi piastujących odpowiedzialne stanowiska w mieście, powiecie, wojsku. W ten sposób orędownikami sierocej sprawy stali się m. in. adwokaci i sędziowie miejscowego Sądu Grodzkiego.

Przeciętnie w obu domach mieściło się 80 sierot. Związane z ich utrzymaniem wydatki były znaczne: wyżywienie, odzież, uzupełnienie niszczącej się pościeli, przybory szkolne, opał, światło, wynagrodzenie za pracę służebniczek, konserwacja obu budynków. Dzięki zapobiegliwości ks. Lisińskiego wszystkie sieroty były syte, zdrowe i schludnie ubrane, uczęszczały do szkoły. Ogromną w tym zasługę miały 3 siostry, które codziennie od świtu do późnych godzin wieczornych wypełniały mnóstwo prac związanych z posługiwaniem dzieciom.

Znaczne zróżnicowanie wiekowe (w sierocińcu przebywały dzieci od 6 do 18 lat) przysporzało wiele kłopotów i dodatkowych obowiązków siostrze wychowawczyni, która miała pod opieką całą 40-osobową grupę i nigdy nie opuszczała dzieci. Mimo dość obszernych pomieszczeń przeznaczonych na sypialnie, umywalnie, szatnie - nie były one jednak przystosowane do potrzeb tak licznej gromady. Jedyne, choć obszerne, pomieszczenie służyło jednocześnie za miejsce zabaw dla przedszkolaków i uczelnię dla starszej młodzieży pobierającej naukę w szkołach podstawowych i różnych szkołach średnich. W sali tej spożywano też posiłki i urządzano zabawy. Szczególnie uciążliwe było organizowanie zajęć w tym jednym pomieszczeniu w okresie jesienno-zimowym, ponieważ przez długie lata oświetlane było ono lampami naftowymi.

Zasadą ks. Lisińskiego było przygotować dzieci do samodzielnego życia, toteż wszystkie sieroty posyłał do szkoły. Każde z nich musiało ukończyć szkołę powszechną. Zdolniejszych chłopców kierował do szkół średnich, do I Gimnazjum po klasie IV lub do Szkoły Rzemiosł Budowlanych po klasie VII szkoły powszechnej. Mniej zdolnym polecał chodzić do terminu w różnych rzemiosłach, zawsze po linii ich zainteresowań. Zdolniejsze dziewczęta kierował do Szkoły Handlowej, mniej zdolne do odpowiednich dla nich warsztatów w celu wyuczenia się jakiegoś kobiecego fachu.

Życie codzienne w sierocińcu - odrabianie lekcji
Życie codzienne w sierocińcu - odrabianie lekcji

Dzięki temu, że ks. Lisiński kontrolował postępy sierot w nauce, przeglądał ich wypracowania, kontaktował się z nauczycielami, a także udzielał pomocy w odrabianiu zadań zwłaszcza z takich przedmiotów jak łacina, greka, matematyka - nie zdarzyło się, aby któryś z wychowanków powtarzał klasę. Ks. Lisiński opiekował się sierotami nawet wtedy, gdy opuszczały one zakład, pomagał im w znalezieniu odpowiedniej pracy. Dbał także o ich religijne wychowanie.

Ksiądz troszczył się też o prawidłowy rozwój fizyczny swych podopiecznych, zapewniał im wypoczynek i należytą opiekę zdrowotną. Przeznaczony na rekreację czas spędzały dzieci na wolnym powietrzu, bawiły się na podwórku i uprawiały sport lub szły z siostrami na błonia, do parku, nad San, czy do lasu. Podczas wakacji mogły korzystać z kolonii organizowanych w różny sposób, w zależności od dysponowanych funduszy. Niekiedy Urząd Wojewódzki Lwowski, posiadający wspaniale wyposażone obiekty kolonijne w Rymanowie - Zdroju przyznawał im kilka lub kilkanaście miejsc. Korzystały tam z leczenia klimatycznego i balneologicznego, miały zapewnione doskonałe wyżywienie, opiekę wychowawczą i lekarską. W latach chudych kolonie urządzano we własnym zakresie. W tych przypadkach pomoc okazywały Siostry Służebniczki NMP z ochronek znajdujących się w atrakcyjnych miejscowościach np. w Chłopicach, Miękiszu czy Sieniawie, gdzie zapewniano dzieciom spanie, zdrowe pożywienie i miejsce do zabaw na świeżym powietrzu.

Opiekę zdrowotną zapewniali bezinteresownie dzieciom zakładowym miejscowi lekarze: dr Grzegorzewski, Puzon, Dy-szyński, Sławik, Hajdukiewiczowa. Wszystkie ordynowane przez nich leki i opatrunki pobierano w aptece "Pod Gwiazdą" Edwarda Kucharskiego, który w formie ofiary darował je sierocińcom. Mimo ofiarnej opieki lekarzy i zabiegów pielęgnacyjnych troszczących się o zdrowie dzieci sióstr - nie udało się uniknąć chorób zwłaszcza epidemicznych. W listopadzie i grudniu 1922r. wszyscy chłopcy zachorowali na kur (odra, ziarnica) a w styczniu 1924r. u dziewczynek wystąpiła szkarłatyna. Pięć z nich w najcięższym stanie, przewieziono do szpitala, gdzie jedna, niestety, zmarła. Na zapalenie nerek zmarła również w szpitalu dziewczynka Janina Bauer. Pozostałe dzieci po przezwyciężeniu epidemii powróciły do zdrowia i więcej się tak liczne zachorowania nie powtórzyły. Sieroty nadal pozostawały pod stałą, troskliwą opieką lekarską: internistyczną, okulistyczną , neurologiczną. Oprócz opieki na każde zaproszenie, raz w miesiącu dr Jan Dyszyński badał bezinteresownie wszystkie dzieci. Służył im pomocą nie tylko lekarską, ale i materialną, czyniąc to w sposób bardzo dyskretny, nie oczekując podzięki czy wdzięczności.

Dnia l marca 1923r. Maria Teresa Żukowska, licząca 63 lata, aktem materialnym darowała Domowi Sierot Polskich przy ul. Weissa przylegający do niego parterowy budynek mieszkalny wraz z oficyną i niewielkim ogródkiem. Przyjmując darowiznę sierociniec zobowiązał się do całkowitego utrzymywania p. Żukowskiej do końca życia oraz sprawienia jej pogrzebu, odpowiadającego miejscowym zwyczajom.

Nauka zawodu w pracowni trykotarskiej
Nauka zawodu w pracowni trykotarskiej przy ul. Weissa

Wchodząc w posiadanie dodatkowej realności, dom przy ul. Weissa powiększył swoją powierzchnię o dalsze dwa pokoje. Uruchomiono w nich pracownię bieliźniarską i trykotarską ,w której dziewczynki po ukończeniu szkoły podstawowej uczyły się zawodu. W pracowni wytwarzano też odzież, bieliznę i trykotaże na zamówienie ludności z miasta i okolicy. Po śmierci pani Żukowskiej w czerwcu w 1928r. Dom Sierot Polskich wszedł w posiadanie dalszych dwóch pomieszczeń, które po odpowiedniej adaptacji zostały przeznaczone na sypialnie dla dziewcząt.

Polepszyła się baza lokalowa, ale wzrosły koszty utrzymania domów. Wciąż brakowało pieniędzy na pokrycie wszystkich wydatków. W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się sierocińce w latach trwającego w Polsce kryzysu gospodarczego. Kasa domów ciągle świeciła pustkami. Przetrwały one ten trudny pięcioletni okres tylko dzięki niezmordowanemu ks. Lisińskiemu, pełnym poświęcenia siostrom i ofiarności społeczeństwa. Ks. Lisiński przeznaczał dla domów niemal wszystkie swoje zarobki, obmyślał coraz nowe sposoby pozyskiwania sponsorów i ofiarodawców, czynił starania u wszelkich władz świeckich i kościelnych oraz instytucji społecznych o przyznanie dorocznych dotacji i stałych subwencji, zapewniających ciągły dopływ środków finansowych, niezbędnych na pokrycie kosztów utrzymania tak wielkiej liczby wychowanków (oscylującej stale w granicach 80 osób). Także siostry, które na własne potrzeby miały umową zagwarantowane symboliczne, bo wynoszące tylko 15 zł. miesięcznie wynagrodzenie - przez 5 lat nie otrzymywały żadnych pieniędzy, gdyż dochody w całości pochłaniane były przez wydatki na odzież i żywność.

Nie odmawiało też pomocy sierotom społeczeństwo. Wspierało je datkami w czasie festynów i przedświątecznej wenty oraz zbożem a także ziemniakami podczas kwesty prowadzonej przez sieroty. Niektóre zamożniejsze osoby fizyczne rokrocznie ofiarowywały podarunki dla dzieci m.in. prezenty mikołajkowe.

Opatrznościowym opiekunem dzieci (jak się później okazało) była też przełożona zakładów, siostra Stanisława Wójtowicz, która przybyła do Jarosławia we wrześniu 1930r. i w najtrudniejszych dla domów latach współpracowała ściśle z ks. Liśińskim dla dobra dzieci.

W latach pokryzysowych , od 1932 r. wybitnie poprawiła się sytuacja żywieniowa w obu domach sierocych. Dzięki dostawom z Zakładów Przemysłowych i Handlowych Fabryki Bekonów i Konserw Kazimierza Bakałarza w Jarosławiu, które co tydzień dostarczały bezpłatnie około 100 kg podrobów, tłuszczów i wieprzowiny, zwiększyła się ilość i poprawiła jakość posiłków mięsnych podawanych dzieciom.

W 1934r. poprawiła się sytuacja materialna zakładów dzięki stałej dotacji otrzymanej od Magistratu miasta Jarosławia. W tym też roku, po raz pierwszy od czasu powstania zakładów sierocych, ich wychowankowie udali się na studia wyższe. Zygmunt Bauer, absolwent I Gimnazjum w Jarosławiu, rozpoczął studia teologiczne w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a Wojciech Pieczonka, absolwent miejscowej Szkoły Handlowej wyjechał na studia w Eksportówce Wiedeńskiej (Szkole Handlu Zagranicznego). Ten ostatni, jako sierota po pracowniku kolei wiedeńskiej, otrzymał od władz Wiednia zaległą rentę sierocą i dzięki temu mógł się dalej kształcić.

Dwie wychowanki wstąpiły do zakonu: Karolina Maksy-miec do klasztoru Sióstr Służebniczek NMP i Władysława Ku-bisz do klasztoru Sióstr Albertynek. W r. 1938, po ukończeniu gimnazjum wstąpił do zakonu Księży Serca Bożego w Felsz-tynie - Jan Oleksy , skierowany następnie przez zgromadzenie zakonne na studia do Włoch. Wielu wychowanków i wychowanek po ukończeniu szkoły średniej lub praktyki zawodowej podjęło pracę w miejscowych szkołach i urzędach. Opuszczający zakład i rozpoczynający samodzielne życie umożliwiali dalsze przyjęcie sierot.

W latach 1935-1939 nastąpiła stagnacja w dochodach zakładów. Zalegały one z zapłatą należności za artykuły żywnościowe i odzież. Zadłużenie stało się nawet tak znaczące, że dostawcy zaczęli odmawiać dalszego kredytu. Interwencja księdza Lisińskiego u różnych osób i instytucji zażegnała częściowo kłopoty finansowe. Z pomocą przyszła Komunalna Kasa Oszczędności w Jarosławiu, a także lekarze i koledzy księdza oraz środowisko kupieckie tak, że można było spłacić długi i poczynić znaczniejsze zakupy.

W dniu napaści wojsk hitlerowskich na Polskę odwieziono dziewczynki do sióstr w Wiązownicy, a chłopców do Roźwienicy. Było to bardzo mądre i rozsądne posunięcie taktyczne, bowiem od pierwszych dni wojny obok domów sierot dla chłopców przewalały się tłumy uciekinierów i wojska; najpierw w kierunku wschodnim za San, a po 10 września tj. po wkroczeniu wojsk niemieckich do Jarosławia - na zachód. Siostry wraz z księdzem Lisińskim zorganizowały kuchnię i przygotowywały posiłki ze zdobywanych z wszystkich możliwych źródeł produktów żywnościowych. W miesiącu wrześniu dla samych tylko uciekinierów wydawano dziennie około 2600 porcji. Z każdym dniem przybywała nowa grupa wygłodniałych. Byli to więźniowie trzymani na stadionie, w sądzie, żołnierze polscy w Szpitalu Wojskowym itp. Przyjęto też 26 zaginionych dzieci. We wrześniu i październiku wydano samych tylko obiadów 37 669. Znaczną ilość prowiantów, szczególnie ziemniaków dostarczył książę Czartoryski z Pełkiń. Pomoc w tym zakresie świadczył także Magistrat zarządzany jeszcze przez polskiego burmistrza. Akcja dożywiania trwała do 22 grudnia 1939r., kiedy to zmniejszył się przepływ ludności zza Sanu. Nie przerwano przygotowywania posiłków dla więźniów, gdyż byli to przede wszystkim polscy więźniowie polityczni.

Najtragiczniej w dziejach zakładów sierocych zapisał się rok 1943, głównie z powodu różnych chorób. Epidemia tyfusu plamistego sprawiła, że dzieci nie uczęszczały do szkoły. Było kilka wypadków śmiertelnych. Przyjęto bardzo wiele małych dzieci, w tym troje chorych dzieci osób aresztowanych przez Gestapo. Leczenie ich przedłużało się z powodu braku leków i kalorycznej żywności. Na wakacje do Rymanowa wyjechało 5 dziewczynek i 5 chłopców na koszt Polskiego Komitetu Opieki, dwóch z nich zmarło z powodu panującej tam epidemii zapalenia opon mózgowych, jednego z trudem uratowano. Pozostałe dzieci spędzały wakacje u sióstr w Chłopicach i Miękiszu.

Uczeń drugiej klasy Szkoły Handlowej przeszedł ciężką operację czaszki z powodu ropy w części głowy i w uchu. Wykonał ją bezinteresownie niezastąpiony lekarz dr Bylina, który przeprowadził też skomplikowaną operację u jednych z sióstr. Z braku miejsca w lecznicy odbyła się ona w sierocińcu przy ul. Weissa. Siostra szybko powróciła do zdrowia.

Nieco starsi wychowankowie poszli do pracy. Część z nich, niestety, wywieziono na przymusowe roboty do Niemiec (wyznaczeni zostali przez swych pryncypałów, którzy w ten sposób chronili własne dzieci przed zsyłką).

Wielkim zagrożeniem dla zakładów wychowawczych były starania dwóch volksdetschów restauratorów Butza i Ro-senkranza o wysiedlenie sierot z ulicy Grunwaldzkiej i uruchomienie w tym domu kawiarni "nur fur Deutsche".

Tablica pamiątkowa na budynku Specjalnego Ośrodka Wychowawczego
Tablica pamiątkowa na budynku Specjalnego Ośrodka Wychowawczego
przy ul. Ks Lisińskiego.

Modlitwy sióstr, dzieci i ks. Lisińskiego pozwoliły jednak przetrwać te trudne czasy. Wyjątkowe udane zbiory z własnych i dzierżawionych pól zapewniały żywność, wprawdzie prostą, ale wystarczającą na cały rok. Znacznie zwiększyła się ofiarność społeczeństwa (kupców, rzemieślników) w gotówce i w naturze, dlatego zakłady mogły nie tylko utrzymać sieroce dzieci, ale także udzielać wsparcia wielu potrzebującym pomocy. Zgodnie z powołaniem zakonnym wypełniano codziennie trudne zadania w połączeniu z gorącą modlitwą, co pozwoliło wstąpić z wiarą i ufnością w dalszy 1944 rok.

Znowu przyjęto sześcioro dzieci dwu nauczycielek chorujących na tyfus i kolejarza wywiezionego na przymusowe roboty do Niemiec. Aż z Tomaszowa Lubelskiego siostry przywiozły chłopczyka, którego rodziców zamordowali Ukraińcy. Podobnych przypadków było więcej.

Zbliżający się koniec wojny niósł nowe zagrożenia. W lutym 1944r. cofający się Niemcy budowali w Jarosławiu linie obronne. Również w ogrodzie przy ul. Grunwaldzkiej, niszcząc altanę, postawili bunkier na stanowisko artyleryjskie. Drugie ulokowali tuż za domem. W lipcu front zbliżył się do Jarosławia. Dnia 25 lipca Niemcy zaczęli palić i niszczyć miasto. Podpalili sąsiednie gimnazjum, w którym dotąd stacjonowało ich wojsko. Powstał ogromny pożar, gdyż wybuchła pozostawiona w gmachu amunicja. Wydawało się, że nie ma żadnych widoków na ocalenie domu dla chłopców oraz wypełnionych słomą i sianem budynków gospodarczych Mimo trwającej godziny policyjnej wyprowadzono 40 dziewczynek z piwnicznej kryjówki do ogrodu pobliskiego kasyna. Do ratowania domu od pożaru zostały 4 siostry i 3 chłopców. Polewali oni dach wodą nagromadzoną poprzedniego dnia podczas ulewnego deszczu i gorąco modlili się do Boga o ratunek dla dzieci i dobytku . Skutek był taki, że płomienie jakby odwróciły się od Domu Sierot i ogień zlokalizowano. Ratujących dom dostrzegł jednak pijany żołdak niemiecki i kazał ustawić się wszystkim pod murem do rozstrzelania. Pomoc Boża przyszła jednak i w tym momencie. Siostra przełożona podała żołdakowi flaszkę spirytusu, przeznaczonego do dezynfekowania ran i kawał wędzonki, a ten natychmiast odstąpił od swego zamiaru. Odszedł nie wyrządzając nikomu krzywdy.

27 lipca, po silnych walkach ulicznych, o godz. 6 do miasta wkroczyły wojska radzieckie. Dzieci bezpiecznie wyszły z kryjówek. 11 sierpnia powrócił dyrektor zakładów ks. kanonik Mieczysław Lisiński. Życie zaczęło powoli wracać do normy. Domy sierot przestały być przytułkiem dla ofiar wojny, nabierały charakteru zakładu wychowawczego. W trudnych powojennych latach pomocy materialnej udzielał im Polski Komitet Opieki i społeczeństwo jarosławskie. Otrzymywały też wsparcie ze strony misji amerykańskiej (dary UNRA). Formalnie domami sierot nadal kierował ks. kanonik Mieczysław Lisiński przy współpracy z siostrami Służebniczkami NMP z przełożoną obu domów siostrą Stanisławą Wójtowicz na czele. Starali się oni nadal wypełniać wszystkie statutowe i regulaminowe zadania zakładów, tj.: zapewniać dzieciom narodowości polskiej i religii katolickiej pomieszczenie, utrzymanie i wychowanie w moralności chrześcijańskiej.

© 2006-2017 Specjalny Ośrodek Wychowawczy nr 2 Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP NP